sobota, 28 lutego 2015

Odpoczynek psychiczny.

      W życiu każdej matki przychodzi taki moment kiedy jest już po prostu zmęczona. Kochamy swoje dzieci miłością absolutną i nierozerwalną jednak kiedyś czara goryczy się przelewa. Mówię tu głównie o matkach, które nie wróciły do pracy i cały dzień poświęcają tylko dzieciom.
Ja jestem taką matką. Od zawsze Wojtuś był ze mną, mąż pracuje a ja zajmuje się domem i dzieckiem. Idealny podział obowiązków. Zdarzało mi się zostawiać synka z mężem, jednak robiłam to bardzo rzadko. Zazwyczaj na wszystkie babskie ploteczki zabierałam synka ze sobą, albo zapraszałam swoje przyjaciółki do domu, żeby synek był przy mnie.

      Od pewnego czasu to się zmieniło. Przestałam mieć wyrzuty sumienia, że zostawiam dziecko z mężem. Dojrzałam do tego, że mi jako kobiecie należy się reset i odpoczynek. Synek ma już 20 miesięcy, już niedługo będziemy świętować jego drugie urodziny. Nie potrzebuje już mamy na wyłączność. Potrzebuje za to więcej czasu spędzać z tatą, którego praca nie pozwala na poświęcanie synowi tyle czasu, ile sobie zamarzył.
Mam to wielkie szczęście, że mój mąż aż garnie się do zostawania z synkiem. On to lubi. Synek też jest bardzo zadowolony. Kiedy ja wracam z babskich plotek, synek jest uśmiechnięty jak nigdy dotąd.
Moi chłopcy po prostu świetnie się dogadują.

      Dlatego też środowe popołudnie spędziłam w gronie moich najbliższych przyjaciółek. Było jak za dawnych czasów. Nasza ulubiona knajpka, placki ziemniaczane, dużo wygłupów i plotek.
Wróciłam do domu szczęśliwa i pełna energii.
Zgodnie przyznaliśmy z mężem, że każdemu wychodzi to na dobre.



środa, 18 lutego 2015

Wygrane marzenia.

      Pisząc ten post nie jest mi łatwo. Wiem jednak, że napisanie i pokazanie Wam tego co chcę, pomoże mi i może w jakimś stopniu zainspiruje też inne osoby zmagające się z tym problemem.
A mianowicie : nadwaga.
Nigdy nie byłam szczupła, zawsze wyglądem odstawałam od rówieśniczek, niejednokrotnie było mi przykro patrzeć na siebie w lustrze a jak wkraczałam w wiek nastoletni, ciągle porównywałam się z koleżankami, bądź siostrą. Spowodowało to, że w głowie narodził się obraz zakompleksionej dziewczyny, która kompletnie w siebie nie wierzyła. Nigdy nie dopuszczałam do siebie myśli, że ktokolwiek mógłby zwrócić na mnie uwagę, zainteresować się mną. Czasem pojawiały się w głowie myśli, że jestem dobrym człowiekiem, całkiem mądrym i zabawnym. Umiałam rozruszać towarzystwo i celowo zwracać na siebie uwagę. Chciałam swoim głośnym zachowaniem i charakterem odwrócić uwagę innych od mojego wyglądu. Udawało się.
Będąc w liceum poznałam mojego obecnego męża. Dzięki niemu bardziej uwierzyłam w siebie. Nadal miałam nadprogramowe kilogramy, ale ciągle nic z tym nie robiłam. Mając 20 lat zaszłam w ciąże a wtedy kilogramy rosły w ekspresowym tempie. Do tej pory wyrzucam sobie, że ciągle zapychałam się fast foodami i słodyczami a na obronę ciągle mówiłam : 'Jestem w ciąży, mam zachcianki.'
Przez cały okres ciąży przytyłam ok. 25 kg. W dzień porodu wyglądałam jak słoń. Urodziłam zdrowego chłopca i byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie. Cała moja radość mijała jednak w momencie gdy spoglądałam w lustro. Wtedy powiedziałam : stop. Nie mogę tak wyglądać. Muszę się zmienić. Dla siebie, męża i synka. I to właśnie synek był, jest i będzie moją największą motywacją.
Ciągle powtarzałam sobie: ' Muszę zmienić swój wygląd, żeby nie odstawać od innych matek na zebraniach w szkole.' To dawało mi kopa.

      Swoją przygodę ze zdrowym stylem życia zaczęłam ok. 6 miesięcy temu. Od czasu porodu zrzuciłam już ok. 20 kg. Ciągle walczę. Nie poddaje się.
Nie podam nikomu złotego środka na pozbycie się nadwagi. Robiłam wszystko to co inni zmagający się z tym problemem. Fast foody już nie śmiecą mojego żołądka, słodycze ograniczam do minimum (czasem jeszcze mam chwile zapomnienia). Pokochałam jedzenia na parze i zazwyczaj takie pyszności serwuje sobie na obiad.  Włączyłam aktywność fizyczną. Staram się ćwiczyć 5,6 razy w tyg po godzinie. Robię ćwiczenia cardio oraz szybkie chodzenie na stteperze. Włączam muzykę, zamykam się w sypialni i ćwiczę. Nic mnie wtedy nie obchodzi. Jestem tylko ja i mój pot.
Po skończonym treningu śmieję się i płacze z radości.
Zdaję sobie ciągle sprawę z tego jak długa droga przede mną. Wiem, że mogę więcej i do tego dążę.

Mam nadzieję, że mój post kogoś zmotywował. Ktoś dzięki mnie dostanie pozytywnego kopa w cztery litery. Tak jak ja dostaje od innych blogerek/vlogerek/ dziewczyn z forum.
Wystarczy ruszyć się i zacząć działać. I motywować się na każdym kroku, bo to bardzo ważne. Sama nie raz traciłam motywacje. Dlatego wiem, jakie to ważne.
Samozaparcie,systematyczność, motywacja i wsparcie najbliższych. To klucz do sukcesu.


czwartek, 5 lutego 2015

Impuls.

      To był impuls. Krótka chwila, przelotna myśl, która pojawiła się w mojej głowie tak nagle.
Po prostu się pojawiła. I zadomowiła się u mnie już na długo. Zapytacie o co chodzi?
O powrót. Powrót do Was, do pisania. Brakuje mi takiego miejsca gdzie mogę wylać swoje myśli, podzielić się z nimi. Napisać co mnie cieszy, co smuci, co potrafi mój synek.
Nie wiem w jakim charakterze powrócę. Nie wiem czy starszy mi chęci i motywacji do pisania.
Nie wiem nawet czy ktoś jeszcze zechce tutaj zaglądać. Zobaczymy co czas pokaże.
Póki co zostawiam Was z naszym najbardziej aktualnym zdjęciem. Z września 2014 roku.

Rodzinka w komplecie.

środa, 27 sierpnia 2014

Łapię oddech...

      Postanowiłam, że póki co zawieszam bloga. Nie rezygnuje z niego na zawsze, po prostu łapię oddech. Moje zniknięcie nie wiąże się z żadnymi anonimami. Brakuje mi po prostu czasu, weny i chęci. Nie chce się do niczego zmuszać, nie chce też pisać do Was raz na tydzień, nie chce na siłę wymyślać tematów. 

Chcę robić to z pasją i sercem. Każdy mój tekst był przemyślany, dopracowany, był mój. Z błędami czy też bez, ale był mój. Prawdziwy. Od pewnego czasu brakowało mi zaangażowania w to co robię. Nie lubię robić czegoś byle jak. I zmuszać się do czegokolwiek.

      Dziękuje,że byliście ze mną. Dziękuje za każdy komentarz, każde wejście na bloga. Wy byliście dla mnie a ja dla Was. Całym sercem.

Żegnam się, jednak nie na zawsze, pamiętajcie. Jeszcze tu wróce. A póki co ciągle jestem na instagramie. Tam możecie mnie podglądać.


DO NAPISANIA!! :)

czwartek, 21 sierpnia 2014

Podjęliśmy tę decyzje wspólnie.

      Pogoda na zewnątrz okropna, siedzimy więc w domku. Wojtuś udał się na drzemkę i śpi jak aniołek a ja wyciągam ważną kopertę i chcę się z Wami podzielić tym co w niej jest.
Zacznę od początku. Kilka dni temu mąż powiedział mi, że chcę zarejestrować się jako potencjalny dawca szpiku. Najpierw na niego napadłam, taki pierwszy odruch, jemu zrobiło się przykro,myślał, że będę z niego dumna a ja zaczęłam się o niego zwyczajnie bać.
Później zaczęliśmy rozmawiać, weszłam też na stronę DKSM, przeczytałam wszystko co było tam napisane. I podjęłam tą samą decyzję co mąż. Razem się zarejestrowaliśmy, niecały tydzień po tym pocztą przyszedł formularz zgłoszeniowy oraz dwie pałeczki do pobrania wymazu z jamy ustnej. Jeszcze w tym tygodniu odeślemy swoje wymazy i formularze.
      Bardzo często docierały do mnie informację o tym, aby zgłaszać się jako potencjalny dawca szpiku. Wyjątkowo głośno jest wtedy, gdy na białaczkę zachoruje gwiazda medialna. Na pewno większość z Was czytała bądź słyszała o zmaganiach z nowotworem krwi Adama Darskiego.
Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy zgłaszać się jako dawca. Dopiero mąż otworzył mi oczy, to dzięki niemu wiem, jakie są metody pobierania komórek macierzystych.
Owe komórki można pobrać z krwi obwodowej. Wtedy przez 5 dni dawca przyjmuje czynnik wzrostu G-CSF, aby zwiększyć ilość komórek macierzystych w krwi obwodowej. Ta metoda jest stosowana w 80% przypadków i nie wymaga hospitalizacji.
Inną metodą jest pobieranie szpiku z talerza kości biodrowej. Dawca znajduje się wtedy pod narkozą i pobiera się ok jednego litra mieszaniny szpiku kostnego i krwi. Ta metoda wiąże się z pozostaniem w szpitalu od 2 do 3 dni, aby sprawdzić czy nie wynikły żadne zagrożenia z powodu podania narkozy.
Opisałam wszystko w skrócie, wszystkie potrzebne informacje są na stronie DKMS.
Teraz dumnie mówię o swojej decyzji, będę dumna jeszcze bardziej, kiedy uda mi się uratować komuś życie.
      Pamiętać należy jednak o tym, że tę decyzję trzeba bardzo dobrze przemyśleć i nie podejmować jej pod wpływem chwili czy impulsu. Ja swoją przemyślałam bardzo dobrze.
A Wy? Czyta mnie ktoś, kto jest już zarejestrowany jako dawca szpiku?

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Mały elegancik.

      Jak tylko zostaliśmy zaproszeni na chrzest małego Patryczka, który odbył się w niedzielę,  a zaraz po tym dowiedzieliśmy się, że nasi znajomi biorą ślub i chcą tą radosną chwilę dzielić również z nami, wzięłam się za poszukiwania idealnego stroju dla mojego małego smyka. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że nie jest to proste zadanie. Odkąd pamiętam mam problem z kupieniem czegoś ładnego i chłopięcego dla Wojtka. Sklepy z odzieżą dziecięcą są przeładowane różowymi ciuszkami w kotki, myszki i pieski. Trafił mi się chłopczyk, więc w kwestii ubioru łatwo nie jest.

      Pierwsze poszukiwania zaczęłam od Katowic. Odwiedziliśmy katowicką Silesię. Skończyło się na tym, że kupiłam świetną marynarkę w Cubusie. Przecenioną ze 100 zł na 50. Super!
Niestety później było już tylko gorzej... z Katowic wyjechaliśmy z mandatem za prędkość, a koszuli, spodni i bucików dalej nie mieliśmy.
Przeszukałam i przepatrzyłam cały internet i wtedy udało mi się upolować buty i spodnie. Uf... teraz już było z górki. Została tylko koszula, która niestety przysporzyła nam najwięcej kłopotów. Nigdzie nie mogliśmy znaleźć tej idealnej. Jedna już została kupiona, jednak okazała się za mała. Szukaliśmy więc dalej.
I wtedy z pomocą przyszedł nam H&M. To tam wreszcie kupiliśmy białą koszulę dla synka. Nie posiada kołnierza, jednak jest śliczna a Wojtek wygląda w niej cudownie. Mogłaby być troszkę krótsza, jednak to nie jest problem.
Efekt finalny przerósł moje oczekiwania. Skompletowany zestaw prezentował się na Wojtusiu przepięknie. Byłam bardzo dumna, że mam takiego ślicznego synka.







wtorek, 12 sierpnia 2014

Muszę? Gówno muszę!

      Myślicie, że muszę być idealna... szczupła, nosząca rozmiar 34. Muszę być po dwóch kierunkach studiów, z pracą w korporacji. Muszę do tego być idealną matką i żoną. Kochanką. Przyjaciółką, siostrą, córką, wnuczką. Muszę być ciągle wyspana. Mieć pełen make-up i pomalowane paznokcie. Muszę mieć wiele pasji i hobby. Spełniać się i realizować ,bo siedzenie w domu to gówno nie robota.
Muszę być zagorzałą katoliczką i co tydzień chodzić do kościoła.
Nie mogę bluźnić, nie mogę mieć gorszego dnia. Muszę być PER-FE-KCY-JNA. Jak Perfekcyjna Pani domu. Muszę, muszę, ciągle coś muszę.


Muszę... według Was... Wiecie jaka jestem na prawdę? Zajebiście nieidealna.
Tak noszę rozmiar XXL. Nie mam skończonych studiów, opiekuję się dzieckiem w domu. Nie jestem idealną matką i żoną. Nie zawsze jestem wyspana, czasami nie chce mi się nawet umyć głowy (dziękuje wynalazcy za suchy szampon!!). Nie jestem katoliczką, a ateistką. Klnę jak szewc, miewam gorsze dni, czasami mam ochotę wyskoczyć przez okno. Jak każda z Was.

Nikomu nic nie muszę udowadniać. Uwielbiam swoje życie, uwielbiam zajmować się swoim synkiem, spędzam z nim każdą chwilę, jestem przy nim i to jest najważniejsze. Mam swoje cele, marzenia. Nie piszę Wam o tym, podzielę się jak coś osiągnę.
Siedzenie w domu z dzieckiem nie robi ze mnie trędowatej i nieudolnej. Jestem spełniona, szczęśliwa, nikomu nie zazdroszczę, mam wszystko czego potrzebuje.

Mam bloga, gdzie mogę o tym wszystkim napisać. Swoje myśli przelać przez palce na białe tło. Mam mądrych czytelników, tych mniej mądrych niestety też.

I wiecie co? Jednak coś muszę. Muszę Wam to napisać, bo krew mnie zaleje. :)